Dzisiaj poruszę inny temat, bardzo odległy od tematyki tego bloga.
Zeszłej nocy śniło mi się że leżę naga na drewnianej ławce i choć bardzo bolą mnie plecy nie mogę się ruszyć, nie mogę, boję się .... Obudziłam się zlana potem...
Ach to znów ten sen, sen który powraca co jakiś czas, sen który nie daje zapomnieć, zapomnieć o tym co przeżyłam będąc dzieckiem.
Wspomnienia te, choć minęło już czterdzieści kilka lat, wciąż są żywe i wywołują u mnie duże emocje a czasem nawet łzy.
Na co dzień jestem zajęta swoimi sprawami i nie myślę o tym co było dawniej, ale pojawią się chwile, które przywołują wspomnienia... wspomnienia chorego dziecka, któremu zamiast opieki medycznej zafundowano koszmar!
Ale może zacznijmy od początku:
Zeszłej nocy śniło mi się że leżę naga na drewnianej ławce i choć bardzo bolą mnie plecy nie mogę się ruszyć, nie mogę, boję się .... Obudziłam się zlana potem...
Ach to znów ten sen, sen który powraca co jakiś czas, sen który nie daje zapomnieć, zapomnieć o tym co przeżyłam będąc dzieckiem.
Wspomnienia te, choć minęło już czterdzieści kilka lat, wciąż są żywe i wywołują u mnie duże emocje a czasem nawet łzy.
Na co dzień jestem zajęta swoimi sprawami i nie myślę o tym co było dawniej, ale pojawią się chwile, które przywołują wspomnienia... wspomnienia chorego dziecka, któremu zamiast opieki medycznej zafundowano koszmar!
Ale może zacznijmy od początku:
Działo się to między rokiem 1972-1974 , miałam wtedy około 6, 7 lat. Chorowałam na astmę oskrzelową i z uwagi na częste zachorowania lekarz zalecił mi pobyt w sanatorium. Rodzice pełni nadziei na polepszenie stanu mojego zdrowia zawieźli mnie do Karpacza, pięknego miasta w górach.
I tak znalazłam się w sanatorium o nazwie "NIL" (dzisiaj pensjonat "Żółty dworek")
I tak znalazłam się w sanatorium o nazwie "NIL" (dzisiaj pensjonat "Żółty dworek")
Była zima. Do dziś pamiętam jak szłam z mamą, która zwracała moją uwagę na piękne widoki i drzewa pokryte puszystym białym śniegiem. Szłyśmy a śnieg skrzypiał pod naszymi butami.
Hmm...widoki to jedne z nielicznych miłych wspomnień z pobytu w tym miejscu...
Hmm...widoki to jedne z nielicznych miłych wspomnień z pobytu w tym miejscu...
Na piętro prowadzono mnie schodami, u szczytu których po ich prawej stronie była dyżurka pielęgniarek a dalej zaczynał się korytarz (w moich oczach był duży) Po jego obu stronach pod ścianami między drzwiami do pokojów stały drewniane ławki. Moja sala była druga lub trzecia z lewej strony korytarza. Była duża i jasna z sześcioma łóżkami...trzy z jednej i trzy z drugiej strony pokoju. Ja zajmowałam pierwsze łóżko po prawej.
Na tym oddziale pracowała pielęgniarka, do której zwracaliśmy się "siostro Jadziu". Wydaje mi się że była tam siostrą przełożoną, pewna tego jednak nie jestem. Z punktu widzenia dziecka była stara, ale dziś sądzę że mogła mieć około trzydzieści lat. Na pewno miała czarne włosy i chyba niewielki zarost pod nosem. Nie wiem czy to prawda ale prawdopodobnie była panną i nie miała własnych dzieci.
Siostra Jadzia w szczególny sposób dbała o swoich podopiecznych.
Wiedziała że dzieci muszą się dobrze odżywiać, więc pilnowała żebyśmy zawsze wszystko zjadali. Pamiętam dziewczynkę... siedziała na stołówce przy stoliku obok mojego. Na obiad był wtedy szpinak... nie chciała go jeść. Ale pod czujnym okiem siostry Jadzi, z trudem przełykała zawartość talerza... aż wszystko zwymiotowała z powrotem... część na talerz, część na podłogę.
Siostra Jadzia zawsze nam mówiła że szpinak jest zdrowy i musimy zjadać wszystko, więc postanowiła dać jej nauczkę, a przy okazji wszystkim innym dzieciom, żeby czasem nie naśladowali złego zachowania tejże dziewczynki. Wzięła łyżkę i nabierając nią wymiociny z talerza, karmiła płaczące dziecko aż zjadło wszystko.
Od tamtej pory bałam się zostawić cokolwiek na talerzu... jadłam pomimo tego że byłam już syta, a gdy czułam że już nie dam rady więcej zjeść to dyskretnie chowałam resztki jedzenia do kieszeni, żeby później wyrzucić je do toalety. Na moje szczęście nigdy nikt tego nie zauważył.
Po obiedzie wszystkie dzieci musiały leżakować. W tym czasie miała panować absolutna cisza. A kto śmiał tą ciszę w jakiś sposób zakłócić musiał ponieść przykre tego konsekwencje.
Bez zgody siostry Jadzi nie wolno było iść do toalety, która znajdowała się wyżej na półpiętrze a jedyna droga do niej wiodła obok dyżurki. Przywilej skorzystania z toalety zależał od dobrej woli siostry Jadzi... czasem pozwoliła, a czasem nie... wtedy trzeba było wrócić do łóżka.
Pewnego popołudnia nie dostałam zgody na pójście do toalety, wróciłam do pokoju i położyłam się. Nie wiedziałam co mam zrobić, czułam że nie wytrzymam długo. Jedna z koleżanek odezwała się do mnie cichutko że też chce siku ale boi się iść zapytać o zgodę.
Wtedy chyba to ja wpadłam na pomysł żeby załatwić się do umywalki, która była przy drzwiach. Podstawiłyśmy krzesło i koleżanka pierwsza załatwiła swoją potrzebę podczas gdy ja stałam na "czatach". Później nastąpiła zmiana.
Niestety koleżanka nie zauważyła nadchodzącej opiekunki, która weszła do pokoju akurat gdy ja stałam na krześle z tyłkiem nad umywalką.
Zaczęła krzyczeć, szarpać mnie, a potem rozebrała nas do naga, złapała za ręce i wywlokła na korytarz. Wepchnęła mnie do pokoju chłopców, którym nakazała żeby się ze mnie śmiali, po czym zamknęła za sobą drzwi.
Nie wiem jak długo byłam w pokoju chłopców, nie pamiętam też chwili gdy stamtąd wyszłam. Ale moment wepchnięcia mnie do pokoju chłopców , wstyd jaki czułam będąc naga i to jak próbowałam się stamtąd wydostać szarpiąc za klamkę (którą chyba przez jakiś czas trzymała z drugiej strony) a potem stałam zalewając się ze wstydu łzami... te chwile wciąż mam żywo w pamięci.
Siostra Jadzia miała wiele sposobów "wychowawczych"... zastraszanie, szarpanie... ale było coś co najbardziej lubiła robić: Wieczorami gdy obowiązywała już cisza nocna (nie wiem o której się zaczynała) dzieci oczywiście miały spać, lub przynajmniej leżeć cicho w swoich łóżkach. Ale jak to dzieci, czasem rozmawialiśmy, nieraz nawet śmialiśmy się, a co odważniejsi próbowali przemknąć niezauważonym do toalety. Byliśmy w końcu tylko dziećmi.
Siostra Jadzia właśnie wieczorami była w swoim żywiole. Wypatrywała te dzieci, które jej zdaniem były niegrzeczne. Rozbierała je do naga i kazała leżeć na ławkach w korytarzu... czasem na plecach, czasem na brzuchu, zależało to od kaprysu naszej "opiekunki".
Nadzy chłopcy i nagie dziewczynki leżeli na twardych zimnych ławkach. Nie wolno nam było nic mówić ani się poruszać, bo kto złamał tą zasadę narażał się na dodatkowy gniew siostry Jadzi i mógł przez to mieć przedłużoną karę. Siostra Jadzia chodziła w tą i z powrotem po korytarzu tłumacząc nam jakimi to jesteśmy niedobrymi dziećmi i dlatego to ona musi nas wychować.
Pamiętam jak twarda była ta ławka...leżąc bolały mnie plecy i tak bardzo chciałam chociaż na chwilę zmienić pozycję, ale nie, nie zmieniłam- zbyt mocno się bałam. Czasem ze zmęczenia zasypiałam, ale szturchnięcie "opiekunki" szybko wyciągało mnie z tego błogiego stanu.
Pamiętam widok nagich dzieci leżących nieruchomo na ławkach...nieraz było nas tak wiele że nie było już żadnego wolnego miejsca.
Na nasze szczęście nie codziennie siostra Jadzia miała dyżur, więc w dni gdy jej nie było życie w sanatorium było całkiem normalne.
Pewnego razu na oddziale zaczęła pracować młodziutka praktykantka (była chyba na stażu) widząc mnie spytała czy jestem ze Strzegomia? (miasto w dawnym województwie Wałbrzyskim) odrzekłam że mieszkam niedaleko tego miasta. Okazało się że ta młoda dziewczyna miała wcześniej praktyki w przychodni do której moja mama jeździła ze mną do lekarza, i ona tam właśnie nas widywała...teraz mnie rozpoznała. Bardzo ją polubiłam i chyba z wzajemnością. Była miła i zawsze coś od niej dostałam, a to cukierka, a to coś z paczki którą wysłali mi rodzice (rzadko dawano nam to co dostawaliśmy z domu)
Niestety nie pamiętam imienia tej praktykantki, ale relacje między nami nie uszły uwagi siostrze Jadzi.
Pewnego dnia siostra Jadzia z satysfakcją mi powiedziała że młoda praktykantka już więcej nie przyjedzie, po czym kazała mi zabrać wszystkie moje rzeczy z szafki i oświadczyła że przenosi mnie do innego pokoju. Szłam za nią na koniec korytarza, otworzyła ostatnie drzwi z prawej strony i powiedziała że mogę wybrać sobie łóżko. Pokój był trochę mniejszy niż poprzedni, po prawej przy drzwiach stały dwa lub trzy łóżka, a po lewej była nieduża wnęka z jednym łóżkiem i oknem, od razu poszłam w tamtą stronę.
Po chwili zostałam sama... Nie zdawałam sobie sprawy że teraz sama będę przez wiele dni i nocy. Byłam jedynym dzieckiem w tym pokoju. Były tego dobre i złe strony:
Dobre to te że będąc samą w pokoju nie miałam możliwości z nikim rozmawiać, a więc omijała mnie "przyjemność" leżenia na drewnianej ławce w zimnym korytarzu. Zła strona tej sytuacji to taka że odczuwałam samotność, bałam się być samą, zwłaszcza wieczorami i nocą. Drzwi były zamykane (nie na klucz) a ja pozostawałam sama...sama z cieniami i moją wyobraźnią...leżałam płacząc do poduszki.
Pamiętam że często stawałam przy oknie i patrzyłam na padający śnieg.
Z okna widać było drogę oświetloną ulicznymi lampami a śnieg w świetle tych lamp wyglądał przepięknie...jak w bajce.
Do dziś każdej zimy gdy widzę wieczorem padający śnieg w świetle lamp, zawsze myślami wracam do tej chwili. W całym tym koszmarze, to była jedna z lepszych choć smutnych chwil.
Pewnego wieczora stojąc przy oknie jak zwykle patrzyłam na spadające grube płatki śniegu. Wyobrażałam sobie że jestem w domu... w pewnym momencie dostrzegłam dwie dziewczyny idące ulicą. Nie wiem dlaczego jedna z nich przypominała mi koleżankę mojej starszej o 8 lat siostry. Uchyliłam okno i zaczęłam wołać:
"Małgośka! Małgośka! Powiedz mamie żeby po mnie przyjechała "
Dziewczyny przystanęły, rozejrzały się, po czym poszły dalej, nie wiedząc kto i dlaczego woła.
Któregoś dnia wróciłam z grupą ze spaceru i oto czekała na mnie niespodzianka! Przyjechał mój tata! Nie był to dzień odwiedzin, przyjechał niezapowiedziany.
Pomógł mi ściągnąć przemoczone buty i ze zdumieniem stwierdził że pomimo dużego mrozu, mam ubrane tylko cienkie spodnie i jedną bluzeczkę. Od razu też dostrzegł moje podkrążone oczy, katar i kaszel...byłam chora. Wściekł się! Zaczął pytać dlaczego chore dziecko wychodzi w taką pogodę na zewnątrz,w dodatku niewłaściwie ubrane?!
Stanowczo oświadczył że nie zostanę w tym miejscu ani dnia dłużej i zażądał mojego wypisu. Pamiętam że zrobił niezłe zamieszanie gdyż nie chciano mnie wypisać, ale tato nie odpuścił ...pielęgniarki biegały w tą i z powrotem. Potem szukano moich ciuchów, które choć były podpisane (mama wyszyła na nich moje nazwisko), to jednak leżały w wielu różnych szafkach.
"Czy mi się to śni? Czy naprawdę wracam do domu?" pytałam tatę jadąc z nim autobusem.
Dopiero po około dwóch tygodniach gdy byłam pewna że nie wrócę już do sanatorium, opowiedziałam rodzicom o tym co się tam działo. Byli w szoku... płakali.
Gdyby coś takiego miało miejsce w dzisiejszych czasach byłaby z tego nie lada afera, pewnie na cały kraj, ale wtedy było inaczej, rodzice byli prostymi ludźmi nic nie mogli zrobić. Obiecali mi jednak że nigdy więcej nic podobnego mnie nie spotka.
Długo nie chciałam jechać do żadnego sanatorium, ale niestety wciąż bardzo chorowałam i było to konieczne. Po jakimś czasie dałam się jednak przekonać na kolejny wyjazd.. do Rabki. Tym razem rodzice zaproponowali mi że jeśli będzie dziać się tam coś złego to mam w liście albo na widokówce w prawym górnym rogu zrobić znak "×" wtedy po mnie przyjadą. Na szczęście nigdy tego znaku stawiać nie musiałam choć wielokrotnie byłam w różnych szpitalach uzdrowiskowych.
Wiedziała że dzieci muszą się dobrze odżywiać, więc pilnowała żebyśmy zawsze wszystko zjadali. Pamiętam dziewczynkę... siedziała na stołówce przy stoliku obok mojego. Na obiad był wtedy szpinak... nie chciała go jeść. Ale pod czujnym okiem siostry Jadzi, z trudem przełykała zawartość talerza... aż wszystko zwymiotowała z powrotem... część na talerz, część na podłogę.
Siostra Jadzia zawsze nam mówiła że szpinak jest zdrowy i musimy zjadać wszystko, więc postanowiła dać jej nauczkę, a przy okazji wszystkim innym dzieciom, żeby czasem nie naśladowali złego zachowania tejże dziewczynki. Wzięła łyżkę i nabierając nią wymiociny z talerza, karmiła płaczące dziecko aż zjadło wszystko.
Od tamtej pory bałam się zostawić cokolwiek na talerzu... jadłam pomimo tego że byłam już syta, a gdy czułam że już nie dam rady więcej zjeść to dyskretnie chowałam resztki jedzenia do kieszeni, żeby później wyrzucić je do toalety. Na moje szczęście nigdy nikt tego nie zauważył.
Po obiedzie wszystkie dzieci musiały leżakować. W tym czasie miała panować absolutna cisza. A kto śmiał tą ciszę w jakiś sposób zakłócić musiał ponieść przykre tego konsekwencje.
Bez zgody siostry Jadzi nie wolno było iść do toalety, która znajdowała się wyżej na półpiętrze a jedyna droga do niej wiodła obok dyżurki. Przywilej skorzystania z toalety zależał od dobrej woli siostry Jadzi... czasem pozwoliła, a czasem nie... wtedy trzeba było wrócić do łóżka.
Pewnego popołudnia nie dostałam zgody na pójście do toalety, wróciłam do pokoju i położyłam się. Nie wiedziałam co mam zrobić, czułam że nie wytrzymam długo. Jedna z koleżanek odezwała się do mnie cichutko że też chce siku ale boi się iść zapytać o zgodę.
Wtedy chyba to ja wpadłam na pomysł żeby załatwić się do umywalki, która była przy drzwiach. Podstawiłyśmy krzesło i koleżanka pierwsza załatwiła swoją potrzebę podczas gdy ja stałam na "czatach". Później nastąpiła zmiana.
Niestety koleżanka nie zauważyła nadchodzącej opiekunki, która weszła do pokoju akurat gdy ja stałam na krześle z tyłkiem nad umywalką.
Zaczęła krzyczeć, szarpać mnie, a potem rozebrała nas do naga, złapała za ręce i wywlokła na korytarz. Wepchnęła mnie do pokoju chłopców, którym nakazała żeby się ze mnie śmiali, po czym zamknęła za sobą drzwi.
Nie wiem jak długo byłam w pokoju chłopców, nie pamiętam też chwili gdy stamtąd wyszłam. Ale moment wepchnięcia mnie do pokoju chłopców , wstyd jaki czułam będąc naga i to jak próbowałam się stamtąd wydostać szarpiąc za klamkę (którą chyba przez jakiś czas trzymała z drugiej strony) a potem stałam zalewając się ze wstydu łzami... te chwile wciąż mam żywo w pamięci.
Siostra Jadzia miała wiele sposobów "wychowawczych"... zastraszanie, szarpanie... ale było coś co najbardziej lubiła robić: Wieczorami gdy obowiązywała już cisza nocna (nie wiem o której się zaczynała) dzieci oczywiście miały spać, lub przynajmniej leżeć cicho w swoich łóżkach. Ale jak to dzieci, czasem rozmawialiśmy, nieraz nawet śmialiśmy się, a co odważniejsi próbowali przemknąć niezauważonym do toalety. Byliśmy w końcu tylko dziećmi.
Siostra Jadzia właśnie wieczorami była w swoim żywiole. Wypatrywała te dzieci, które jej zdaniem były niegrzeczne. Rozbierała je do naga i kazała leżeć na ławkach w korytarzu... czasem na plecach, czasem na brzuchu, zależało to od kaprysu naszej "opiekunki".
Nadzy chłopcy i nagie dziewczynki leżeli na twardych zimnych ławkach. Nie wolno nam było nic mówić ani się poruszać, bo kto złamał tą zasadę narażał się na dodatkowy gniew siostry Jadzi i mógł przez to mieć przedłużoną karę. Siostra Jadzia chodziła w tą i z powrotem po korytarzu tłumacząc nam jakimi to jesteśmy niedobrymi dziećmi i dlatego to ona musi nas wychować.
Pamiętam jak twarda była ta ławka...leżąc bolały mnie plecy i tak bardzo chciałam chociaż na chwilę zmienić pozycję, ale nie, nie zmieniłam- zbyt mocno się bałam. Czasem ze zmęczenia zasypiałam, ale szturchnięcie "opiekunki" szybko wyciągało mnie z tego błogiego stanu.
Pamiętam widok nagich dzieci leżących nieruchomo na ławkach...nieraz było nas tak wiele że nie było już żadnego wolnego miejsca.
Na nasze szczęście nie codziennie siostra Jadzia miała dyżur, więc w dni gdy jej nie było życie w sanatorium było całkiem normalne.
Pewnego razu na oddziale zaczęła pracować młodziutka praktykantka (była chyba na stażu) widząc mnie spytała czy jestem ze Strzegomia? (miasto w dawnym województwie Wałbrzyskim) odrzekłam że mieszkam niedaleko tego miasta. Okazało się że ta młoda dziewczyna miała wcześniej praktyki w przychodni do której moja mama jeździła ze mną do lekarza, i ona tam właśnie nas widywała...teraz mnie rozpoznała. Bardzo ją polubiłam i chyba z wzajemnością. Była miła i zawsze coś od niej dostałam, a to cukierka, a to coś z paczki którą wysłali mi rodzice (rzadko dawano nam to co dostawaliśmy z domu)
Niestety nie pamiętam imienia tej praktykantki, ale relacje między nami nie uszły uwagi siostrze Jadzi.
Pewnego dnia siostra Jadzia z satysfakcją mi powiedziała że młoda praktykantka już więcej nie przyjedzie, po czym kazała mi zabrać wszystkie moje rzeczy z szafki i oświadczyła że przenosi mnie do innego pokoju. Szłam za nią na koniec korytarza, otworzyła ostatnie drzwi z prawej strony i powiedziała że mogę wybrać sobie łóżko. Pokój był trochę mniejszy niż poprzedni, po prawej przy drzwiach stały dwa lub trzy łóżka, a po lewej była nieduża wnęka z jednym łóżkiem i oknem, od razu poszłam w tamtą stronę.
Po chwili zostałam sama... Nie zdawałam sobie sprawy że teraz sama będę przez wiele dni i nocy. Byłam jedynym dzieckiem w tym pokoju. Były tego dobre i złe strony:
Dobre to te że będąc samą w pokoju nie miałam możliwości z nikim rozmawiać, a więc omijała mnie "przyjemność" leżenia na drewnianej ławce w zimnym korytarzu. Zła strona tej sytuacji to taka że odczuwałam samotność, bałam się być samą, zwłaszcza wieczorami i nocą. Drzwi były zamykane (nie na klucz) a ja pozostawałam sama...sama z cieniami i moją wyobraźnią...leżałam płacząc do poduszki.
Pamiętam że często stawałam przy oknie i patrzyłam na padający śnieg.
Z okna widać było drogę oświetloną ulicznymi lampami a śnieg w świetle tych lamp wyglądał przepięknie...jak w bajce.
Do dziś każdej zimy gdy widzę wieczorem padający śnieg w świetle lamp, zawsze myślami wracam do tej chwili. W całym tym koszmarze, to była jedna z lepszych choć smutnych chwil.
Pewnego wieczora stojąc przy oknie jak zwykle patrzyłam na spadające grube płatki śniegu. Wyobrażałam sobie że jestem w domu... w pewnym momencie dostrzegłam dwie dziewczyny idące ulicą. Nie wiem dlaczego jedna z nich przypominała mi koleżankę mojej starszej o 8 lat siostry. Uchyliłam okno i zaczęłam wołać:
"Małgośka! Małgośka! Powiedz mamie żeby po mnie przyjechała "
Dziewczyny przystanęły, rozejrzały się, po czym poszły dalej, nie wiedząc kto i dlaczego woła.
Któregoś dnia wróciłam z grupą ze spaceru i oto czekała na mnie niespodzianka! Przyjechał mój tata! Nie był to dzień odwiedzin, przyjechał niezapowiedziany.
Pomógł mi ściągnąć przemoczone buty i ze zdumieniem stwierdził że pomimo dużego mrozu, mam ubrane tylko cienkie spodnie i jedną bluzeczkę. Od razu też dostrzegł moje podkrążone oczy, katar i kaszel...byłam chora. Wściekł się! Zaczął pytać dlaczego chore dziecko wychodzi w taką pogodę na zewnątrz,w dodatku niewłaściwie ubrane?!
Stanowczo oświadczył że nie zostanę w tym miejscu ani dnia dłużej i zażądał mojego wypisu. Pamiętam że zrobił niezłe zamieszanie gdyż nie chciano mnie wypisać, ale tato nie odpuścił ...pielęgniarki biegały w tą i z powrotem. Potem szukano moich ciuchów, które choć były podpisane (mama wyszyła na nich moje nazwisko), to jednak leżały w wielu różnych szafkach.
"Czy mi się to śni? Czy naprawdę wracam do domu?" pytałam tatę jadąc z nim autobusem.
Dopiero po około dwóch tygodniach gdy byłam pewna że nie wrócę już do sanatorium, opowiedziałam rodzicom o tym co się tam działo. Byli w szoku... płakali.
Gdyby coś takiego miało miejsce w dzisiejszych czasach byłaby z tego nie lada afera, pewnie na cały kraj, ale wtedy było inaczej, rodzice byli prostymi ludźmi nic nie mogli zrobić. Obiecali mi jednak że nigdy więcej nic podobnego mnie nie spotka.
Długo nie chciałam jechać do żadnego sanatorium, ale niestety wciąż bardzo chorowałam i było to konieczne. Po jakimś czasie dałam się jednak przekonać na kolejny wyjazd.. do Rabki. Tym razem rodzice zaproponowali mi że jeśli będzie dziać się tam coś złego to mam w liście albo na widokówce w prawym górnym rogu zrobić znak "×" wtedy po mnie przyjadą. Na szczęście nigdy tego znaku stawiać nie musiałam choć wielokrotnie byłam w różnych szpitalach uzdrowiskowych.
Odwiedziny w Nilu były chyba ustalone na jedną niedzielę w miesiącu i wtedy przez dwie lub trzy godziny siedzieliśmy szczęśliwi z naszymi rodzicami w świetlicy.
Siostra Jadzia zadbała jedynak wcześniej żebyśmy pamiętali iż nie wolno powiedzieć rodzicom o tym co tu się dzieje... nikt nie powiedział.
A ona przechadzając się po stołówce, uśmiechała się do naszych rodziców, co jakiś czas głaszcząc po głowie kolejne dziecko chwaliła jakie jest grzeczne.
W sanatorium "NIL" spędziłam cztery miesiące, miesiące które śnią mi się po nocach nawet po upływie ponad czterdziestu lat. Przez wiele lat bałam się zasypiać w zamkniętym pokoju, drzwi musiały być choć lekko uchylone...musiałam widzieć że nie jestem zamknięta, że w każdej chwili mogę wyjść...
Dzisiaj moja "opiekunka" jeśli jeszcze żyje, jest pewnie po osiemdziesiątce...
pozdrawiam siostrę Jadzię z Karpacza
Na zdjęciach jest budynek w którym dawniej było sanatorium "NIL" dla dzieci z chorobami płuc.
Bardzo chciałabym odnaleźć kogoś kto też był w tym uzdrowisku, albo ma podobne lub inne wspomnienia.
Dlatego proszę o udostępnienie tego posta!
Lub napisz do mnie na Facebook
witaj....grupa nie działa...
OdpowiedzUsuńWitaj. Miałaś może podobne doświadczenia?
Usuńteż miałem ten koszmar jako 3 letni chłopiec , pamiętam przebłyski na stołówce wkładanie pod pupę niechcianego jedzenia żeby te q....y nie widziały że nie zjadłem .....wyrywane włosy ze strachu chciałbym spotkać ten personel ....
UsuńJestem nauczycielką i serce mi pęka, że tak można traktować dzieci.
UsuńJezu, ja tu byłam. Koszmar dzieciństwa to mało powiedziane. Cały pobyt kombinowałam jak stamtąd uciec. Porwała mnie siostra 😊
UsuńTo było straszne tez byłem w tym sanatorium i w tych latach.Pamietam że kolacje siedzieliśmy żeby zjeść wszystko szpinak ,pamiętam ugotowaną skóra kury wyrzucałem pod stół.Pamietam ze dziewczynki były rozbierane za karę
UsuńWitaj Jasiu! Coś mnie dzisiaj "naszło" i wpisałam w wyszukiwarkę "Sanatorium Nil"... przeczytałam Twoją historię i wspomnienia wróciły - mogłabym napisać bardzo podobną! Pamiętam "siostrę Jadzię", i to bardzo dobrze, bo w Nilu byłam 4 razy (raz nawet na pół roku - do tej pory tego nie ogarniam...), jak miałam 3,4,5 i 6 lat. To był koniec lat 80-tych i początek 90-tych. Miałam dosyć poważną alergię i astmę i przechodziłam proces odczulania, więc każdej wiosny z tego powodu musiałam tam trafić (dzisiaj, po 30-stu latach, przynajmniej nie mam alergii). Pamiętam te korytarze, te ławki pod ścianami, dyżurkę...
OdpowiedzUsuńPamiętam to zmuszanie do jedzenia... pamiętam zupę mleczną z kożuchami na śniadanie. Widziałam jak jeden chłopiec obok mnie nie chciał jeść tej zupy i jakaś opiekunka podłożyła mu talerz pod brodę i na siłę wpychała - on wypluwał szlochając, a ona z powrotem to wszystko do buzi... Stąd mam też wstręt do jajek. Wepchano mi do buzi jajecznicę, której nie chciałam jeść, zabrano talerz. Mi się w tym czasie zebrało na wymioty, ale widząc te dzieci przy stole... nie chciałam na nich zwymiotować, więc połknęłam z powrotem... Do tej pory, jak wezmę jajko do buzi to mam odruch wymiotny... trauma na całe życie.
Pamiętam też te restrykcje związane z załatwianiem się. Od pierwszego pobytu w Nilu, zaczęłam się moczyć w nocy... i nie przestałam jeszcze przez następnych 10 lat.
"Siostra Jadzia" musiała widocznie już trochę odpuścić w moim czasie, bo nie było leżenia nago na ławkach, choć pamiętam że jednemu chłopcu założyła brudne majtki na głowę na tym korytarzu (za karę, że właśnie były pobrudzone), podczas jakiejś zbiórki, kiedy wszyscy siedzieli na tych ławkach pod ścianami i kazała mu tak stać, żeby dzieci się z niego śmiały.
Dla mnie z kolei większym postrachem były "siostra Ala" (czarne włosy) i salowa Bożena (krótkie włosy, typ chłopczycy z patologicznej, jak teraz myślę, rodziny). Ta pierwsza zawsze straszyła dzieci, że zrobi zastrzyk, jak będą niegrzeczne. Ta druga... jednej nocy zerwała ze mnie kołdrę i sprała mi tyłek tylko dlatego, że jeszcze nie spałam i nie byłam odwrócona do ściany (bo trzeba było być odwróconym do ściany przy zasypianiu).
Także takie mam wspomnienia. Moi rodzice starali się mnie odwiedzać co dwa tygodnie, czy ileś, ale tęsknota była ogromna. I żal. Nie wiem, dlaczego niespecjalnie reagowali na moje opowieści o tym, co się dzieje. Chyba sami nie wiedzą. Byli młodzi. Mieli po 30 lat. Może uważali to za zło konieczne, bo mój przypadek był naprawdę ciężki i do 3 roku życia byłam częstym gościem na pogotowiu w środku nocy. I chyba ja tak zaczęłam to postrzegać. Powoli akceptowałam moją konieczność pobytu w sanatorium, bo nie da się płakać codziennie przez 6 miesięcy...
Odkąd poszłam do podstawówki, choroba się trochę uspokoiła, ale jak miałam 15 lat miałam ostry atak AZS i znowu trafiłam do sanatorium - na Zarzecze. Tam już było zupełnie inaczej, jak na kolonii. A że z powodu mojej choroby nigdy nie mogłam pojechać na żadną kolonię, to w wieku 16 lat, sama poprosiłam rodziców o wyjazd na Zarzecze. Tam spotkałam wiele pielęgniarek, które się mną zajmowały w Nilu i które mnie pamiętały - między innymi "siostrę Jadzię", która już w tamtym czasie była siwą staruszką, a to było prawie 20 lat temu (mogła mieć wtedy z 60 lat). Z tej perspektywy już nie była taka straszna.
Jeszcze do niedawna nie docierało do mnie, jaką traumą był pobyt w Nilu i że w dzisiejszych czasach te osoby, które dokonywały nadużyć wobec dzieci, trafiłyby do sądu. Ale wtedy były inne czasy. Dobrze, że jest internet, gdzie można się "odnaleźć" i to z siebie "wyrzucić". Dziękuję.
Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz. To dla mnie wiele znaczy. To smutne że po tylu latach w tym sanatorium wciąż nie działo się dobrze. Dzisiaj na moim koncie na facebook odezwała się kobieta, która była tam prawdopodobnie w tym samym czasie. Rozmawiałyśmy prawie godzinę przez telefon. Każda z nas zapamiętała coś innego i gdy ona opowiadała swoje wspomnienia to pewne rzeczy też mi się przypomniały. Będę chciała napisać kolejny post w związku z z tym sanatorium i jeśli pozwolisz to umieszczę w nim Twój komentarz? Chciałabym żebyś odezwała się do mnie tu, albo na facebook. Pozdrawiam
UsuńBardzo Ci dziękuję za te słowa. Czasem zastanawiam się czy to wydarzyło się na prawdę.. czy to nie wymysł mojej wyobraźni. La osoby które pamiętała podobne historie upewniają mnie że to wszystko było na prawdę
UsuńWitam również przebywałem w tym sanatorium i nie miałem aż takich strasznych przejść o jakich się tu pisze Jedno czego się bałem to były tak zwane popłuczyny w gabinecie lekarskim
UsuńWitam,
OdpowiedzUsuńTrauma jaką przeżyły moje dzieci w czasie „leczenia” w Sanatorium NIL zostawiła piętno
w całym ich życiu. Karpacz kojarzy im się tylko z NILEM.
Z przerażeniem wróciłam wspomnieniami do czasu , kiedy moje dzieci: synek 3,5 letni i córka 6 letnia, były w tym sanatorium. Było to w roku 1987r ( pobyt od czerwca do września przez 3 msc.) O tym co się działo w sanatorium opowiedziały w czasie podróży do domu, dopiero gdy przekonały się, że już tam nie wrócą. Nie mogliśmy uwierzyć w to co słyszeliśmy. Odwiedzaliśmy z mężem, nasze dzieci, przez cały czas gdy były w Nilu. Pomimo tego, że były to dni odwiedzin dzieci były ubrane w cudze ubrania ( wszystkie ubranie dziecka były opisane pełnym imieniem i nazwiskiem - taki był wymóg) , zawsze brudne ( majtki były nieomal sztywne). Bardzo nas to dziwiło i zawsze organizowaliśmy
im kąpiel i zapewnialiśmy nową porcję czystej odzieży. Nic to nie dało, bo przy kolejnej wizycie sytuacja powtarzała się. ( Córka została ukarana za prośbę o codzienne mycie i
codzienną zmianę majtek) Kąpiel była raz w tygodniu i od obiadu dzieci były już w piżamach czekając na korytarzu na swoją kolejkę kąpieli. Nudziło im się, więc oczekiwanie zawsze kończyło się różnymi karami
Dzieci nigdy nie opowiedziały nam w czasie spotkań o sytuacji w sanatorium: " bo siostra powiedziała, że jak cokolwiek powiedzą rodzicom, to zostaną tam na zawsze".
Znam tylko relacje dzieci: spały na górze, było gorąco, nie wypuszczano w nocy do łazienki
i jeżeli któreś dziecko moczyło się w nocy, to przez wiele kolejnych spało w mokrym łóżku, w pokoju był zaduch i nie pozwalano wietrzyć z komentarzem " jak będzie śmierdziało, to oduczycie się moczyć łóżka". Jeżeli dzieci rozmawiały zamiast od razu zgodnie z poleceniem zasnąć, zabierano spodnie od piżam i wstawiano chłopców do sypialni dziewczynek, a dziewczynki do chłopców. Karą było również przebieranie chłopców za dziewczynki, a dziewczynki za chłopców i zachęcanie innych dzieci do naśmiewania się z nich. Na porządku dziennym było zabieranie dzieciom, szczególnie tym mniejszym przytulanek. Trafiały ( były wrzucane na oczach zapłakanego dziecka) do jakiegoś kantorka
z którego od czasu do czasu udawało się dzieciom zabrać swoją przytulankę , oczywiście w tajemnicy przed siostrą . Stołówka i jedzenie było koszmarem. Opisy z poprzednich postów w pełni pokrywają się z tym co dzieci opowiedziały nam po powrocie.
Trauma sanatoryjna nie skończyła się z powrotem dzieci do domu. Syn po powrocie był chory
przez ponad 1,5 miesiąca. Pobyt w sanatorium zamiast pomóc w powrocie do zdrowia tylko je pogorszył. Stres, strach i stosowana przemoc zadziałały zupełnie przeciwnie. Lekarz, który kierował dziecko do sanatorium był przerażony jego stanem psychicznym.
Stracił on zupełnie poczucie bezpieczeństwa, negował i nie reagował na polecenia osób dorosłych. Wszystkich się bał, miał nocne koszmary i lęki. Udało się zapanować i wyciszyć jego negatywny stosunek do świata tylko dzięki naszej współpracy z wychowawczyniami z przedszkola. Były wspaniałe i naprawdę pomogły w uzyskaniu przez niego równowagi.
Córka była starsza i trochę lepiej poradziła sobie z sanatoryjną traumą. Jednak i ona nie pozbyła się pewnych lęków.
Jedyną osobę, którą wspominają miło z tamtego okresu jest pani z kuchni, która przytulała
je i miała dla wszystkich dzieci, w kieszeni fartucha cukierki.
Ponieważ dzieci potrzebowały leczenia sanatoryjnego, 4 razy były ze mną w sanatorium dla matki z dzieckiem w Dziwnówku. (Lekarz nie zaryzykował wysłania któregokolwiek z nich do sanatorium dla dzieci. )Pobyt tam naprawdę pomógł w opanowaniu alergii i zdecydowanie zmniejszył problemy ze zdrowiem.
Wiem, że trudno uwierzyć w istnienie takich placówek zdrowotnych, ale jak widać takie też były i myślę, że jeszcze istnieją. Jeżeli tak długo mógł funkcjonować Dom Dziecka w Zabrzu i nikt nie reagował, to myślę że i w dziedzinie sanatoryjnej opieki zdrowotnej nie wszystko jest takie jak powinno. Matka
Dzien Dobry,
OdpowiedzUsuńLatami szukalem w sieci wzmianki o wspomniniach z "NIL"-u, i nagle ten blog... Jako dziecko spedzilem trzy miesice w tym instytucie. Mialem 6 lat, rok by 1987. Imion nie pamietam, niestety wszystko inne owszem. Wieksze dzieci spaly na drugim pietrze, a maluchy na pierwszym (do dzis pamietam straszny zapach tego pietra). Standartowa kara w nocy byla zabieranie majtek, a dla mniej szczesliwych zamkniecie w "izolatce za szczurami" (male pomieszczenie na koncu korytarza). Nigdy sie tam nie dostalem. Moj ojcec znal dyrektora (psychopate) sanatorium, i opiekunki baly sie skorzystac z tej kary. Nie wiem czy "Nil" wyroznial sie tymy praktykami, czy to byla "normalka" w PRL-u...Dziekuje za Twoj wpis
Witam też jako siedmiolatka trafiłam do tego sanatorium w latach 80 na cały rok. Pamiętam także to zmuszanie do jedzenia, zawstydzania dzieci , te jedno tygodniowe mycie. Przez wiele lat szpinak kojarzył mi się z bez smakową ,zieloną breją ,mięsa nie jem do dzisiejszego dnia. Wiele rzeczy które tam się działy chciałam wyprzeć ze swej pamięci, ale gdy zobaczyłam ten blog wróciły wspomnienia. Pozdrawiam wszystkich serdecznie
OdpowiedzUsuńŻyje Jadzia
OdpowiedzUsuńZnasz ją?
UsuńWitam wszystkich.
OdpowiedzUsuńW życiu jest chyba taki moment, że nagle i nieoczekiwanie pojawia się sygnał w głowie, aby coś poszukać, coś sprawdzić, czegoś się dowiedzieć z dalekiej przeszłości.
Mnie natchnęło traumatyczne wspomnienie z pobytu w sanatorium w Karpaczu o nazwie NIL.
Ku mojemu zdziwieniu znalazłem tegoż bloga i kopara mi opadła na podłogę. Nie mogłem uwierzyć w to co czytam i zastanawiałem się, czy ktoś skradł moje złe wspomnienia, gdyż są prawie takie same jak opisane wcześniej.
Mając zaledwie 4 latka, a mianowicie w roku 1974 trafiłem do tej "mordowni dzieci". Przywiózł mnie tam mój ojciec. Przypominam sobie na parterze długi korytarz, hol i specyficzny zapach zupy mlecznej.
Ojciec pozostawił mnie tam, bo ponoć moje zdrowie tego potrzebowało... Pamiętam jak siłą odciągała mnie od ojca jakaś pielęgniarka. Ciągnęła mnie w głąb korytarza, a ja walczyłem z nią, aby się tylko uwolnić z jej macek. Ojciec znikł za drzwiami i zostałem sam na 6 miesięcy. Gdy już byłem tylko ja i pielęgniarka, to zaczęła się jazda już na powitaniu. Wyrywałem się aby jak poparzony uciec z tego miejsca. Ona... ciągnęła mnie za ręce za włosy przy uszach no i w rzeczy samej za uszy.
Kolejne dni, tygodnie i miesiące e mijały. Doświadczałem wydarzeń opisanych przez innych i swoich, ale w bardzo bardzo podobnym patologicznym zachowaniu personelu i opisie. Pamiętam te drewniane ławeczki na korytarzach, pamiętam podpisane ubranka i to nic, że każdy i tak nosił jakie popadnie, bo nikt o to nie dbał. Pamiętam jak jedna z sióstr ( nazwałem ją cyganką, bo miała czarne włosy i ciemną karnację )najbardziej znęcała się nade mną.
Najbardziej traumatycznym przeżyciem było karmienie mnie. Na stołówce podali nam obiad. Była zupa słodka owocowa ( nie cierpię jej ). Nie chciałem jej jeść i na moją zgubę przyszła cyganka. Podstawiła talerz pod moją buzię i siłą wpychała mi metalową łyżką tą ochydną zupę do buzi. Nie chciałem jej połykać, więc zatykała mi nos i serwowała kolejne łychy. Zaciskałem usta i wymiotowałem do talerza. To jej w niczym nie przeszkadzało i wpychała mi koje wymiociny z powrotem do buzi. Aby mogła być bardziej skuteczna, to ciągnęła mnie za uszy. Po smacznym obiadku ;-) w miłej atmosferze pozostała mi dodatkowa pamiątka w postaci naderwanych uszu i ran w kącikach ust od siłowego wpychania mi łyżki.
Na szczęście pojawił się w krótkim czasie dzień odwiedzin. Przyjechała do mnie mama. Zapytała się mnie skąd mam te rany, strupy na uszach i ranki w kącikach ust. Opowiedziałem wszystko najlepiej jak potrafiłem. Pamiętam, że mama się wściekła. Poszliśmy na hol na I piętrze ( tak mi się wydaje ). Czekaliśmy na Cygankę, która schodami schodziła w naszym kierunku. Moja super dzielna mama ( nie pamiętam dialogu ) chwyciła ją za te czarne kłaki, a drugą ręką lała po ryju. Jaka wielka była moja radość... Mamuśka zakazała się jej zbliżać do mnie, a jeżeli to zrobi to dostanie raz jeszcze. Lanie było chyba uzasadnione, bo przez kolejne miesiące była cisza, Cyganka mnie omijała, ba nawet nie podchodziła do mnie :-)
W między czasie pamiętam te wszystkie przesiadywania w grupie na ławeczkach, pamiętam pokój w zimnym tarasem - cały oszklony, pamiętam nocne skradanie się do toalety i sikanie do zlewu.
Pamiętam jak nas kąpano. Cała grupa dzieci w tym ja staliśmy nago na korytarzu przed łazienką i hurtowo nas kąpali w wannie po 3 osoby na raz. Nadmieniam, że w tej samej wodzie, która była jak ta moja słodka zupa...
Nie mam żalu do nikogo, że zafundowano mi w wieku 4 lat, aż 6 miesięcy traumatycznych przeżyć z dala od bliskich, robiono mi i innym krzywdę fizyczną i psychiczną.
Wiem jedno, karma wraca i jestem przekonany, że ten wredny, okrutny personel miał szare, podłe i nieszczęśliwe życie.
Pozdrawiam wszystkie dorosłe dzieciaki, które miały nieprzyjemność bycia w tym...pseudo sanatorium - obozie koncentracyjnym dla dzieci.
a tak na wszelki wypadek mój e-mail: renek.roz@gmail.com
UsuńByłam w sanatorium Zarzecze w 1994roku i była tam siostra Jadzia..była oddziałowà i była to już starsza pani przed emeryturà. Była niezbyt uprzejma i ostra, trzymała rygor ale takich metod juž nie stosowała. Horror to co siè działo w Nilu.. przerażajàce!
OdpowiedzUsuńByłem w sanatorium w Karpaczu ponad 40 lat temu. Było to jednak inne miejsce. Teraz mieści się tam szpital. Ja mieszkałem w budynku na "górce", do którego szło się betonowymi schodami. Tam byli chłopcy. Nie było lekko 3 miesiące bez rodziców. Nic nie można było zostawić w szufladzie, bo w nocy ginęło. Inni kradli. Wszystko trzeba było chować. Pielęgniarki nie reagowały. Jedna taka - stara - zawsze rano mierzyła temperaturę każdemu śpiącemu chłopcu - wiadomo jak. Była brutalna i wpychała na siłę termometr w odbyt. Podłe babsko. To była szkoła przetrwania - albo przeżyjesz, albo zginiesz. Bez rodziców, bez telefonów, w grupie chłopaków bardzo zróżnicowanych wiekiem. Pielęgniarki i opiekunki niczym się nie przejmowały - do rodziców było daleko i nikt się nie poskarży. Nawet jeśli się ktoś poskarży, to nie będzie reakcji. Takie były czasy.
OdpowiedzUsuńPamiętam. Sanatorium "Zarzecze ". Była taka młoda pielęgniarka która cały czas mówiła podniesionym głosem. Schody do pawilonu górnego . Wychowawcy których pamiętam z ksyw, Pingwin,Rumcajs. Pamiętam też Pana mieszkającego obok . Jeździł motorem z boczną przyczepką. Wszyscy nazywali go Dziki. Była tęsknota za domem,ale mimo wszystko mile wspominam pobyt.
UsuńNiewiele pamiętam.. Możliwe,że wyparcie..Tylko ten strach początkowy,nie można było rozmawiać, zaginął mi ukochany pluszak ,wtedy myślałam,że go zgubiłam, też pamiętam wieczorne i nocne dyscypliny. Byłam częstym nocnym gościem korytarza..połowa lat 80tych.. Przyjechałam jako wesoła rozbrykana pokręcona kilkulatka,szybko nauczyłam się tam obserwacji, unikania kłopotów,wyciszenia ,pamiętam że Starsze dzieciaki i bynajmniej tak byli w moim przypadku miały się na początku opiekować młodszymi,pamiętam śmiech,szydzenie w nocy, ściąganie kołdry ..szczerze ,wolałam czasami te siedzenie na korytarzu,tam nie byłam sama,tam byłam w grupie ,,chuliganów,,. Jedno jedyne dobre wspomnienie jakie pamiętam to wycieczka,spacer do ogrodu jakiegoś okolicznego mieszkańca,pamiętam te kwiaty,ich zapach,kolory tak inne od ciemych korytarzy,pamiętam słowa ,,tylko powiedzcie rodzicom jak miło spędzacie tu czas"..chyba dobrze,że więcej nie pamiętam..dziękuję za ten post..myślałam przez lata ,że tylko ja byłam tam i nieliczni po prostu ,,złym dzieckiem,,, że te kary to nie była norma,że na nie zasłużyłam ..sciskam
OdpowiedzUsuńWitam. Byłem w "Nil-u"w połowie lat siedemdziesiątych jako 4-5latek z powodu braku apetytu chyba bulimia?!Mam słabe wspomnienia ze względu na młody wiek,ale fakt z jakiegoś powodu moczylem się w nocy do 12r.z.Pamietam radość z przyjazdu mamy i smutek z odjazdu gdy stałem w oknie i machalem ręką. Mgliste wspomnienie z nauki składania ubrań w kostkę i pochwalę taty po powrocie do domu że ładnie nauczyli mnie składać ciuchy. Dobrze ze ludzka pamięć jest taka że bardziej pamięta się dobre rzeczy niż te zle,co nie usprawiedliwia tej jedzy. Dziś by długo nie popracowala. Ciekawe czy ma wyrzuty sumienia za znęcanie się nad dziećmi??!!
OdpowiedzUsuńWitam. Niestety też tam byłem najbardziej co mi utkwiło w głowie to jak na stołówce pani kazała mi jeść krupnik ( a nie mogłem jeść kaszy) kiedy zwróciłem do talerza kazała mi to "żreć" . Z wybawieniem przyszła pani z kuchni i wytłumaczyła jej że nie mogę tego jeść.
OdpowiedzUsuńA moze inne sanatoria po 1989 roku ktos
OdpowiedzUsuńCześć
OdpowiedzUsuńSzukałem wspomnień po sanatorium, widzę, że ktoś chciał historii po 89.
Byłem w sanatorium w końcówce zimy
Patrząc po historiach wtedy trochę się pozmieniało.
Toaleta była na piętrze, ale był problem z pójściem do niej bo czuwały pielęgniarki.
Ale nie było żadnego przypadku leżenia nago, ani dręczenia.
Jedyne co zapamiętał, to jednej nocy jak szukałem pielęgniarki to się okazało, ze spała w jednym z wolnych łóżek dziecka okrzyczała mnie, ze sie kręce.
W dzień atrakcje zapewniali nam opiekunowie, chodziliśmy na boisko i wycieczki.
Było też topienie marzanny, bo to koniec zimy był.
Nie pamiętam za wiele,, ale pamiętam na pewno, ze mi się nie podobało.
Nie wiem czemu ale wydaje mi się, że z jednych wspomnień z tego Sanatorium, jest kąpiel która wyglądała jak taśma, ze się wchodzi po kolei był prysznic myło się i szło dalej, ale mogłem trochę podkoloryzować.
Pamiętam te drewniane ławki w korytarzu, na nich się zbierało i dostawał się cukierki i słodycze raz w tygodniu, te dzieci co nie dostały nic od rodziców, dostawały też, z tych podarków.
Stołówka chyba była w świetlicy, pamiętam tylko takie ohydne grube parówki.
Raz w nocy chciało mi się wyemitować, balem się iść do toalety to zwymiotowałem za szafkę, nie pamiętam czy miałem jakieś konsekwencje.
wiem, że się cieszyłem, ze Tato mnie odebrał z Sanatorium. bałem sie potem już w 5 klasie jechać drugi raz, ale okazało się że jechałem do Centrum Pulmonologii nowego i tam już było ok
I jeszcze jedno, ja chyba byłem ostatnim pokoleniem w tym sanatorium, bo nie przyjmowali nowych dzieci bo miał być remont na wiosne.
OdpowiedzUsuńi pomyliłem się to był marzec 97 .
Łukasz
O ludzie, ale mnie wygięło jak przeczytałem Wasze historie. Byłem tam przez kilka miesięcy w 1982 roku w wieku 6 lat, pamiętam dużo, chyba więcej niż chciałbym pamiętać. Przez jakiś czas wierzyłem, że może jakoś to dziwnie zapamiętałem. Ale jednak nie wydawało mi się tylko próbowałem to zabetonować. Grupowe kąpiele, izolacja, brak odwiedzin, ukrywanie, że się zmoczyło, ukrywanie, że się płakało. No i całkowity brak nadziei, że się stamtąd można wydostać. Zaplanowałem z kolegą z pokoju ucieczkę, ubraliśmy swetry na pidżamy ale doszliśmy tylko do dyżurki i staliśmy tylko w ciemności patrząc na te pielęgniary siedzące w środku. Nie odważyliśmy się.
OdpowiedzUsuńSiostry Jadzi nie pamiętam ale pamiętam niektóre metody. Chyba wtedy nauczyłem się bywać niewidzialny.
Trzymajcie się.
Tak, dobrze pamietam to poczucie beznadziei I mysl ze to sie nigdy nie skonczy. Pamietam ze ciagle pytalam pielegniarki kiedy bede mogla pojechac do domu i zawsze slyszalam ze za tydzien. Zylam ta mysla caly tydzien zeby znowu uslyszec, ze jeszcze tydzien…
UsuńHej. Czytam i spąglądając na moje dzieci serce mi pęka gdyby ktoś je tak skrzywdził. Ja byłem w sanatorium Zarzecze od 1992 do 1995 roku i uważam ten okres za najwspanialszy w moim dzieciństwie! Do dziś mając 42 lata pamiętam nazwiska kolegów, pielęgniarki które uwielbiałem i wychowawców! Do dziś co roku przyjeżdżam do Karpacza i z sentymentem spoglądam na budynek w którym mieszkałem...
OdpowiedzUsuńJa bylam w tym sanatorium przez 3 miesiace, pod koniec lat 80-tych lub na samym poczatku 90-tych majac 7 albo 9 lat. Wspominam to miejsce i cala sytuacje jako najwieksza traume mojego zycia - bycie wyrwanym za swojego srodowiska jako dziecko i wrzuconym w szpony instytucji. Pamietam kleczenie na korytarzu z twarza do sciany I podniesionymi rekami za to ze sie nie spalo podczas ciszy poobiedniej, pamietam prysznice raz w tygodniu I ze idac do nich grupa trzeba bylo spiewac ‘seksapil to nasza bron kobieca, seksapil to to co nas podnieca’, pamietam drzwi na strych i opowiesci o duchu dziecka ktore sie tam zabilo spadajac ze schodow, pamietam dwie wielodzietne rodziny czekajace miesiacami na adopcje zagraniczne bo ich rodzice popelnili samobojstwo i nie bylo co z tymi dziecmi zrobic, pamietam klasy lekcyjne ze zwierzetami w probowkach… Najgorsze jest to ze moi rodzice kompletnie nie akceptuja fakt ze pobyt tam byl trauma na cale zycie i uwazaja ze ‘jestem nienormalna’. Wygooglowalam dzis to miejsce bo pomyslalam ze wyjazd tam moze pomogl by mi rozprawic sie z trauma.
OdpowiedzUsuńTo bylo chyba w Swietlanej Gorze. Szukajac teraz zdjec w internecie poznaje te oszklone werandy z boku i z tylu budynku. Budynek na zdjeciach wyglada na duzo mniejszy niz zapamietalam.
UsuńA czy jest ktoś kto był w Prewentorium w Paczkowie w roku 1986 - ja spędziłem tam półroku i to chyba był " standard " wychowawczy
OdpowiedzUsuńCześć, byłem w Paczkowie od grudnia 86 do kwietnia 87 i ja ogólnie miło wspominam tam pobyt.
UsuńA moze ktoś byl w Rabce zdrój w roku 94? lub W jaworze koło Bielska?
OdpowiedzUsuńCześć. Ja też byłem
OdpowiedzUsuńW Nilu w tym czasie, piszesz. Jak się możemy skontaktować. Mam podobne wspomnienia o tej „pielęgniarce”
Ja byłam tam jakoś 85 rok. 3 miesiące. Pamiętam te kąpiele hurtowo jeden za drugim po kolei
OdpowiedzUsuńJa ja pamiętam z lat 90tych, przenieśli ja na Zarzecze na Oddz V Chłopięcy. Siostra Jadzia , postrach sanatorium. Chodziła po nocach w czarnym płaszczu z wysoko postawionym kołnierzem i świeciła latarka dzieciom w oczy, sprawdzała czy śpimy. Ona była jakaś psychiczną. Każdy bał się patrzeć jej prosto w oczy. Ona była jak z horroru
OdpowiedzUsuńCiekawe.... I smutne. Byłem w sanatorium Nil przez pół roku na przełomie najprawdopodobniej 1969 i 1970 przez pół roku, początki astmy oskrzelowej, udało się ją powstrzymać. Był też tam oddział gruźliczy. W pamięci zachowało się trochę epizodów. Nie mam żadnych złych wspomnień związanych z konkretnymi osobami z personelu. Natomiast do dzisiaj mam olbrzymią traumę tęsknoty za mamą, pamiętam, że przyjechali też dziadkowie z drugiego końca Polski. Zapamiętałem 2 imiona i nazwiska towarzyszy niedoli, wiatrówkę i smarowanie zimną maścią cynkową, wyrywanie zęba mlecznego i traumę po tym jak z uwagi na to iż był tam oddział gruźliczy, nie wolno było zabrać do domu własnej ulubionej małpy pluszowej. Mama kupiła mi taką samą po powrocie. Pamiętam, że mama przysłała mi nowy płaszcz i że wpadłam w nim w muł strumienia, pamiętam ostry mróz, kwiaty mrozu na szybach i delikatny zapach dymu z kominów, zapach zimy, nie smród jak dzisiaj. Pamiętam wariację na temat piosenki Maryli Rodowicz, zaśpiewaną przez babkę z personelu - Jadą wozy kolorowe na gumowych kółkach, siedzi na nich Cyrankiewicz, ciągnie go Gomółka ... Sanatorium chyba pomogło trauma została w pamięci. Na dodatek przez pomyłkę w papierach wypuszczono mnie z sanatorium jako prątkującego, czyli gruźlika, na papierze- trochę wysiłku kosztowało moją mamę wyjaśnienie tego. Bo szedłem niebawem do szkoły. Zachował się jakiś dokument z tego czasu
OdpowiedzUsuńPamiętam jeszcze wmuszanie mleka w proszku, sam smak rozróżniałem bezbłędnie i od razu puszczałem pawia xD. Podobnie szpinak, jakecznicę, której wtedy nieznosiłem i kożuchy na normalnym mleku - efekt jak z mlekiem w proszku...
OdpowiedzUsuńGeneralnie to złe wspomnienia...
OdpowiedzUsuńPoczytałem teraz dokładniej - to zmuszanie do jedzenia szpinaku, kożuchy - metody te same, możliwe że zetknąłem się z tą jędzą, choć personalnie jej nie zapamiętałem
OdpowiedzUsuńDokładnie tak było ja byłem w latach 1974-75 ...Horror
Usuń