17 kwietnia 2018

Koszmar z dzieciństwa - historia prawdziwa

Dzisiaj poruszę inny temat, bardzo odległy od tematyki tego bloga.

Zeszłej nocy śniło mi się że leżę naga na drewnianej ławce i choć bardzo bolą mnie plecy nie mogę się ruszyć, nie mogę, boję się .... Obudziłam się zlana potem...
Ach to znów ten sen, sen który powraca co jakiś czas, sen który nie daje zapomnieć, zapomnieć o tym co przeżyłam będąc dzieckiem.
Wspomnienia te, choć  minęło już czterdzieści kilka lat, wciąż są żywe i wywołują u mnie duże emocje a czasem nawet łzy.
Na co dzień jestem zajęta swoimi sprawami i nie myślę o tym co było dawniej, ale pojawią się chwile, które przywołują wspomnienia... wspomnienia chorego dziecka, któremu zamiast opieki medycznej zafundowano koszmar!
Ale może zacznijmy od początku:

Działo  się to między  rokiem 1972-1974 , miałam wtedy około 6, 7 lat. Chorowałam na astmę oskrzelową i z uwagi na częste zachorowania lekarz zalecił mi pobyt w sanatorium. Rodzice pełni nadziei na polepszenie stanu mojego zdrowia zawieźli mnie do Karpacza, pięknego miasta w górach.
 I tak znalazłam się w sanatorium o nazwie "NIL" (dzisiaj pensjonat "Żółty dworek")


Była zima. Do dziś pamiętam piękne widoki i drzewa pokryte puszystym białym śniegiem, który skrzypiał pod moimi butami.
 Hmm...widoki to jedne z nielicznych miłych wspomnień z pobytu w tym miejscu...


Na piętro prowadzono mnie schodami, u szczytu których po ich prawej stronie była dyżurka pielęgniarek a dalej zaczynał się korytarz  (w moich oczach był duży) Po jego obu stronach pod ścianami między drzwiami do pokojów stały drewniane ławki. Moja sala była druga lub trzecia z lewej strony korytarza. Była duża i jasna z sześcioma łóżkami...trzy z jednej i trzy z drugiej strony pokoju. Ja zajmowałam pierwsze łóżko po prawej.

Na tym oddziale pracowała pielęgniarka, do której zwracaliśmy się "siostro Jadziu". Wydaje mi się że była tam siostrą przełożoną, pewna tego jednak nie jestem. Z punktu widzenia dziecka była stara, ale dziś sądzę że mogła mieć około trzydzieści lat. Na pewno miała czarne włosy i chyba niewielki zarost pod nosem. Nie wiem czy to prawda ale prawdopodobnie była panną i nie miała własnych dzieci.

Siostra Jadzia w szczególny sposób  dbała o swoich podopiecznych.
Wiedziała że dzieci muszą się dobrze odżywiać, więc pilnowała żebyśmy zawsze wszystko zjadali. Pamiętam dziewczynkę... siedziała na stołówce przy stoliku obok. Na obiad był szpinak... nie chciała go jeść. Ale pod czujnym okiem siostry Jadzi, z trudem przełykała zawartość talerza... aż  wszystko zwymiotowała z powrotem...część na talerz, część na podłogę.
 Siostra Jadzia zawsze nam mówiła że szpinak jest zdrowy i musimy zjadać wszystko, więc postanowiła dać jej nauczkę, a przy okazji  wszystkim innym dzieciom, żeby czasem nie naśladowali złego zachowania tejże dziewczynki. Wzięła łyżkę i nabierając nią wymiociny z talerza, karmiła płaczące dziecko aż zjadło wszystko.
 Od tamtej pory bałam się zostawić cokolwiek na talerzu... jadłam pomimo tego że byłam już syta, a gdy czułam że już nie dam rady więcej zjeść to dyskretnie chowałam resztki jedzenia do kieszeni, żeby później wyrzucić je do toalety. Na moje szczęście nigdy nikt tego nie zauważył.

Po obiedzie wszystkie dzieci musiały leżakować. W tym czasie miała panować absolutna cisza. A kto śmiał tą  ciszę w jakiś sposób zakłócić musiał ponieść przykre tego konsekwencje.
Bez zgody siostry Jadzi nie wolno było iść do toalety, która znajdowała się wyżej na półpiętrze a jedyna droga do niej wiodła obok dyżurki. Przywilej skorzystania z toalety zależał od dobrej woli siostry Jadzi... czasem pozwoliła, a czasem nie... i trzeba było wrócić do łóżka.

Pewnego popołudnia nie dostałam zgody na pójście do toalety, wróciłam do pokoju i położyłam się. Nie wiedziałam co mam zrobić, czułam że nie wytrzymam długo. Jedna z koleżanek odezwała się do mnie cichutko że też chce siku ale boi się iść zapytać o zgodę.
 Wtedy chyba to ja wpadłam na pomysł żeby załatwić się do umywalki, która była przy drzwiach. Podstawiłyśmy krzesło i koleżanka pierwsza załatwiła swoją potrzebę podczas gdy ja stałam na "czatach". Później nastąpiła zmiana.
Niestety koleżanka nie zauważyła nadchodzącej opiekunki, która weszła do pokoju akurat  gdy ja stałam na krześle z tyłkiem nad umywalką.
Zaczęła  na nas krzyczeć, szarpać, a potem rozebrała nas do naga, złapała za ręce i wywlokła na korytarz. Wepchnęła mnie do pokoju chłopców i kazała im się ze mnie śmiać, po czym zamknęła za sobą drzwi. To samo chyba uczyniła z drugą dziewczynką.
Nie wiem jak długo byłam w pokoju chłopców, nie pamiętam  też chwili gdy stamtąd wyszłam, ale moment wepchnięcia mnie tam, wstyd jaki czułam i to jak próbowałam się stamtąd wydostać szarpiąc za klamkę (którą chyba przez jakiś czas trzymała z drugiej strony) a potem stojąc zalewając się łzami,  wciąż mam przed oczami.

Siostra Jadzia miała wiele sposobów "wychowawczych"...zastraszanie, szarpanie... ale było coś co najbardziej lubiła robić: Wieczorami gdy obowiązywała już cisza nocna (nie wiem o której się zaczynała) dzieci oczywiście miały spać, lub przynajmniej leżeć cicho w swoich łóżkach. Ale jak to dzieci, czasem  rozmawialiśmy, nieraz nawet śmialiśmy się, a co odważniejsi próbowali przemknąć niezauważonym do ubikacji. Byliśmy w końcu tylko dziećmi.
Siostra Jadzia właśnie wieczorami była w swoim żywiole. Wypatrywała tych dzieci, które jej zdaniem były niegrzeczne, rozbierała do naga i kazała leżeć na ławkach w korytarzu... czasem na plecach, czasem na brzuchu, zależało to od kaprysu naszej "opiekunki".
 Nadzy chłopcy i nagie dziewczynki leżeli na twardych zimnych ławkach. Nie wolno nam było nic mówić ani się  poruszać, bo kto złamał tą zasadę spędzał na ławce więcej czasu. Siostra Jadzia chodziła w tą i z powrotem tłumacząc nam jakimi to jesteśmy niedobrymi dziećmi i dlatego to ona musi nas wychować.
 Pamiętam jak twarda była ta ławka...leżąc bolały mnie plecy i tak bardzo chciałam chociaż na chwilę zmienić pozycję, ale nie, nie zmieniłam- zbyt mocno się bałam. Czasem ze zmęczenia zasypiałam, ale szturchnięcie "opiekunki" szybko wyciągało mnie z tego błogiego stanu.
 Pamiętam widok nagich dzieci leżących nieruchomo na ławkach...nieraz było nas tak wiele że nie było już żadnego wolnego miejsca.
Na nasze szczęście nie codziennie siostra Jadzia miała  dyżur, więc w dni gdy jej nie było życie w sanatorium było bardziej normalne.

Pewnego razu na oddziale zaczęła pracować młodziutka praktykantka (była chyba na stażu)  widząc mnie spytała  czy jestem ze Strzegomia? (miasto w dawnym województwie Wałbrzyskim) odrzekłam że mieszkam niedaleko tego miasta. Okazało się że ta młoda dziewczyna miała wcześniej praktyki w przychodni do której moja mama jeździła ze mną do lekarza, i ona mnie tam właśnie widywała...teraz mnie rozpoznała. Bardzo ją polubiłam i chyba z wzajemnością. Była miła i zawsze coś od niej dostałam, a to cukierka, a to coś z paczki którą wysłali mi rodzice (rzadko dawano nam to co dostawaliśmy z domu)
  Niestety nie pamiętam imienia tej praktykantki, ale relacje między  nami nie uszły uwagi siostrze Jadzi.

 Pewnego dnia siostra Jadzia z satysfakcją mi powiedziała że młoda praktykantka już więcej nie przyjedzie, po czym kazała mi zabrać wszystkie moje rzeczy z szafki i oświadczyła że przenosi mnie do innego pokoju. Szłam za nią na koniec korytarza, otworzyła ostatnie drzwi z prawej strony i powiedziała że mogę wybrać sobie łóżko. Pokój  był trochę  mniejszy niż  poprzedni, po prawej przy drzwiach stały dwa lub trzy łóżka, a po lewej była nieduża wnęka z jednym łóżkiem i oknem, od razu poszłam w tą właśnie stronę.
 Po chwili zostałam sama... Nie zdawałam sobie sprawy że teraz sama będę przez wiele dni i nocy. Byłam jedynym dzieckiem w tym pokoju i były tego dobre i złe strony:
 Dobre to te że będąc samą w pokoju nie miałam możliwości z nikim rozmawiać, a więc omijała mnie "przyjemność" leżenia   na drewnianej ławce w zimnym korytarzu. Zła strona tej sytuacji to taka że  bałam się być sama, zwłaszcza wieczorami i nocą. Drzwi były zamykane (nie na klucz) a ja pozostawałam sama...sama z cieniami i moją  wyobraźnią...leżałam płacząc do poduszki.

Pamiętam że często stawałam przy oknie i patrzyłam na padający śnieg.
 Z okna widać było drogę oświetloną ulicznymi lampami a  śnieg w świetle tych lamp wyglądał przepięknie...jak w bajce.
 Do dziś każdej zimy gdy widzę wieczorem padający śnieg w świetle lamp, zawsze myślami wracam do tej chwili. W całym tym koszmarze, to była jedna z lepszych choć smutnych chwil.
Pewnego wieczora stojąc przy oknie jak zwykle patrzyłam na spadające grube płatki śniegu. Wyobrażałam sobie że jestem w domu... w pewnym momencie dostrzegłam dwie dziewczyny idące ulicą. Nie wiem dlaczego jedna z nich przypominała mi koleżankę mojej starszej o 8 lat siostry. Uchyliłam okno i zaczęłam wołać:
 "Małgośka! Małgośka! Powiedz mamie żeby po mnie przyjechała "
Dziewczyny przystanęły, rozejrzały się, po czym poszły dalej, nie wiedząc kto i dlaczego woła.

Któregoś dnia wróciłam z grupą ze spaceru i oto czekała na mnie niespodzianka! Przyjechał mój tata! Nie był to dzień odwiedzin, przyjechał niezapowiedziany.
 Pomógł mi ściągnąć przemoczone buty i ze zdumieniem stwierdził że pomimo dużego mrozu, mam ubrane tylko cienkie spodnie i jedną bluzeczkę. Od razu też dostrzegł moje podkrążone oczy, katar i kaszel...byłam chora. Wściekł się! Zaczął pytać dlaczego chore dziecko wychodzi w taką pogodę na zewnątrz,w dodatku niewłaściwie ubrane?!
Stanowczo oświadczył że nie zostanę w tym miejscu ani dnia dłużej i zażądał mojego wypisu. Pamiętam że zrobił  niezłe zamieszanie gdyż nie chciano mnie wypisać, ale tato nie odpuścił ...pielęgniarki biegały w tą i z powrotem. Potem szukano moich ciuchów, które choć były podpisane (mama wyszyła na nich moje nazwisko), to jednak leżały w wielu różnych szafkach.

"Czy mi się to śni? Czy naprawdę wracam do domu?" pytałam  tatę jadąc z nim autobusem.
Dopiero po około dwóch  tygodniach gdy byłam pewna że nie wrócę już do sanatorium, odpowiedziałam rodzicom o tym co się tam działo. Byli w szoku... płakali.
 Gdyby coś takiego miało miejsce w dzisiejszych czasach byłaby z tego nie lada afera, pewnie na cały kraj, ale wtedy było inaczej, rodzice byli prostymi ludźmi nic nie mogli zrobić. Obiecali mi jednak że nigdy więcej nic podobnego mnie nie spotka.
 Długo nie chciałam jechać do żadnego sanatorium, ale niestety wciąż bardzo chorowałam i było to konieczne.Po jakimś czasie dałam się jednak przekonać na kolejny wyjazd do Rabki. Tym razem rodzice zaproponowali mi że jeśli będzie dziać się tam coś złego to mam w liście albo na widokówce w prawym górnym rogu zrobić znak "×" wtedy po mnie przyjadą. Na szczęście nigdy tego znaku stawiać nie musiałam choć wielokrotnie byłam w różnych szpitalach uzdrowiskowych.

W sanatorium "NIL" spędziłam  cztery miesiące, miesiące które śnią mi się po nocach nawet po upływie ponad czterdziestu lat. Przez wiele lat bałam  się zasypiać w zamkniętym pokoju, drzwi musiały być choć lekko uchylone...musiałam widzieć że nie jestem zamknięta, że w każdej chwili mogę wyjść...
Odwiedziny były tam chyba ustalone na jedną niedzielę w miesiącu i wtedy przez dwie lub trzy godziny siedzieliśmy szczęśliwi z naszymi rodzicami w świetlicy.
 Siostra Jadzia zadbała jedynak wcześniej żebyśmy pamiętali iż nie wolno powiedzieć rodzicom o tym co tu się dzieje... nikt nie powiedział.
A ona przechadzając się po stołówce, uśmiechała się do naszych rodziców, co jakiś czas głaszcząc po głowie kolejne dziecko chwaląc jakie jest grzeczne.

Dzisiaj moja "opiekunka" jeśli  jeszcze żyje, jest pewnie po osiemdziesiątce...

pozdrawiam siostrę Jadzię z Karpacza



Na zdjęciach jest  budynek w którym dawniej było sanatorium "NIL" dla dzieci z chorobami płuc. 


Bardzo chciałabym odnaleźć kogoś kto też był w tym uzdrowisku, albo ma podobne lub inne wspomnienia.
 Dlatego proszę o udostępnienie tego posta!


3 komentarze:

  1. witaj....grupa nie działa...

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj Jasiu! Coś mnie dzisiaj "naszło" i wpisałam w wyszukiwarkę "Sanatorium Nil"... przeczytałam Twoją historię i wspomnienia wróciły - mogłabym napisać bardzo podobną! Pamiętam "siostrę Jadzię", i to bardzo dobrze, bo w Nilu byłam 4 razy (raz nawet na pół roku - do tej pory tego nie ogarniam...), jak miałam 3,4,5 i 6 lat. To był koniec lat 80-tych i początek 90-tych. Miałam dosyć poważną alergię i astmę i przechodziłam proces odczulania, więc każdej wiosny z tego powodu musiałam tam trafić (dzisiaj, po 30-stu latach, przynajmniej nie mam alergii). Pamiętam te korytarze, te ławki pod ścianami, dyżurkę...

    Pamiętam to zmuszanie do jedzenia... pamiętam zupę mleczną z kożuchami na śniadanie. Widziałam jak jeden chłopiec obok mnie nie chciał jeść tej zupy i jakaś opiekunka podłożyła mu talerz pod brodę i na siłę wpychała - on wypluwał szlochając, a ona z powrotem to wszystko do buzi... Stąd mam też wstręt do jajek. Wepchano mi do buzi jajecznicę, której nie chciałam jeść, zabrano talerz. Mi się w tym czasie zebrało na wymioty, ale widząc te dzieci przy stole... nie chciałam na nich zwymiotować, więc połknęłam z powrotem... Do tej pory, jak wezmę jajko do buzi to mam odruch wymiotny... trauma na całe życie.

    Pamiętam też te restrykcje związane z załatwianiem się. Od pierwszego pobytu w Nilu, zaczęłam się moczyć w nocy... i nie przestałam jeszcze przez następnych 10 lat.

    "Siostra Jadzia" musiała widocznie już trochę odpuścić w moim czasie, bo nie było leżenia nago na ławkach, choć pamiętam że jednemu chłopcu założyła brudne majtki na głowę na tym korytarzu (za karę, że właśnie były pobrudzone), podczas jakiejś zbiórki, kiedy wszyscy siedzieli na tych ławkach pod ścianami i kazała mu tak stać, żeby dzieci się z niego śmiały.

    Dla mnie z kolei większym postrachem były "siostra Ala" (czarne włosy) i salowa Bożena (krótkie włosy, typ chłopczycy z patologicznej, jak teraz myślę, rodziny). Ta pierwsza zawsze straszyła dzieci, że zrobi zastrzyk, jak będą niegrzeczne. Ta druga... jednej nocy zerwała ze mnie kołdrę i sprała mi tyłek tylko dlatego, że jeszcze nie spałam i nie byłam odwrócona do ściany (bo trzeba było być odwróconym do ściany przy zasypianiu).

    Także takie mam wspomnienia. Moi rodzice starali się mnie odwiedzać co dwa tygodnie, czy ileś, ale tęsknota była ogromna. I żal. Nie wiem, dlaczego niespecjalnie reagowali na moje opowieści o tym, co się dzieje. Chyba sami nie wiedzą. Byli młodzi. Mieli po 30 lat. Może uważali to za zło konieczne, bo mój przypadek był naprawdę ciężki i do 3 roku życia byłam częstym gościem na pogotowiu w środku nocy. I chyba ja tak zaczęłam to postrzegać. Powoli akceptowałam moją konieczność pobytu w sanatorium, bo nie da się płakać codziennie przez 6 miesięcy...

    Odkąd poszłam do podstawówki, choroba się trochę uspokoiła, ale jak miałam 15 lat miałam ostry atak AZS i znowu trafiłam do sanatorium - na Zarzecze. Tam już było zupełnie inaczej, jak na kolonii. A że z powodu mojej choroby nigdy nie mogłam pojechać na żadną kolonię, to w wieku 16 lat, sama poprosiłam rodziców o wyjazd na Zarzecze. Tam spotkałam wiele pielęgniarek, które się mną zajmowały w Nilu i które mnie pamiętały - między innymi "siostrę Jadzię", która już w tamtym czasie była siwą staruszką, a to było prawie 20 lat temu (mogła mieć wtedy z 60 lat). Z tej perspektywy już nie była taka straszna.


    Jeszcze do niedawna nie docierało do mnie, jaką traumą był pobyt w Nilu i że w dzisiejszych czasach te osoby, które dokonywały nadużyć wobec dzieci, trafiłyby do sądu. Ale wtedy były inne czasy. Dobrze, że jest internet, gdzie można się "odnaleźć" i to z siebie "wyrzucić". Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz jest dla mnie wyróżnieniem... dziękuję! :)